Budowa Spitfire Va Kotare 1/32
Tym razem bardzo nietypowo, bo skala z tych "wielkich" - 1/32. Model Kotare, Spitfire w wersji Va, u mnie będzie trochę s-f, a nawet trochę nieścisłości :>
Na koniec relacji zdjęciowej pokuszę się o podsumowanie samego modelu, który niestety trzeba przyznać, nie jest doskonały, a wręcz miejscami mocno kontrowersyjny.
W przeciwieństwie do Eduarda, bardzo wiele części jest odlanych w całości, malowanie sprowadza się zatem do "kolorowania" detali na większych powierzchniach.
Na sam koniec dla urealnienia detalu dodałem cieniowanie w nieco jaśniejszym kolorze od brytyjskiego szaro-zielonego oraz zielono-brązowy wash.
Poniżej kilka fotek ze składania wnętrza w całość.
Klejenie przebiegało dość łatwo, choć niektóre rozwiązania były nieco przekombinowane. Jak choćby tu - na dole kadłuba. Jajcarze z Kotare wstępnie pozbawili nitowania spód kadłuba w miejscu łączenia. Może i ma to sens, bo wypukłe nity i tak się zeszlifują w trakcie obróbki. Ale powoduje to u modelarza znaczny dyskomfort 🤣
Mimo udziwnień obyło się prawie bez szpachlowania, klasyczne szpary wyszły jedynie przy krawędziach natarcia skrzydeł.
Niezłym pomysłem jest podzielenie wszystkich pokryw silnika i wklejanie ich osobno. Jak się tego nie zaleje klejem, to wygląda bardzo realistycznie.
Niestety znajdujący się zaraz za silnikiem zbiornik paliwa dostał pokrywę zupełnie niedopasowaną. W rezultacie zrobiła się trochę "rzeźba w mydle", bo w trakcie dopasowywania "zepsuła się" krawędź pokrywy a także panelu pod nią :\
Sklejona bryła modelu prezentuje się... rozłożyście ;) Już do końca prac będę tym klockiem zawadzał o lampkę ;)
Wspomniany wcześniej srebrny podkład spowodował na paru etapach problemy z przyczepnością farby i w efekcie skutkował nadmiarowymi "odpryskami".
Po naprawie odprysków i pierwszej warstwie lakieru bezbarwnego okazało się, że popełniłem kolejny błąd - za gruba warstwa zbyt rozcieńczonego lakieru "spaliła" miejscami farbę pod spodem - poniżej najgorzej wyglądająca powierzchnia.
Na szczęście naprawa nie była specjalnie trudna i czasochłonna - tak model wyglądał przed malowaniem oznaczeń.
Ponieważ stencile dostarczone przez Kotare, są delikatnie mówiąc, kontrowersyjne (więcej o tym na koniec), powstała potrzeba posiłkowania się czymś z dodatków. Wybór padł na maski/szablony 1 Man Army. No i muszę powiedzieć, że to jest to! Napisy zrobione z tych szablonów są rewelacyjne. Oczywiście trzeba uważać na odkurz i żeby sobie czego nie zdewastować maskowaniem, ale efekt wynagradza z nawiązką niedogodności. A do tego mam wrażenie, że sam proces jest znacznie szybszy i łatwiejszy niż przy nakładaniu kalkomanii, o końcowym efekcie nie wspominając.
Jeszcze więcej odkurzu ;)
Tu jest prawie idealnie i efekt naprawdę robi wrażenie.
Oznaczenia przynależności państwowej oczywiście również malowałem z szablonów. Tu namalowane rondle na górnej powierzchni skrzydeł.
Poniżej kilka fotek dokumentujących malowanie pozostałych oznaczeń.
Znowu odkurz, tym razem różowawy ;)
Fin flashe nie wyszły najlepiej, pojawiły się nieładne krawędzie i co gorsze kolejny odprysk.
Po korekcji krawędzi pojawił się kolejny odprysk :\
Z kadłubowymi rondlami coś po odmaskowaniu było nie tak... Nie da się ukryć, żółty zewnętrzny pierścień wyszedł za szeroki. Nie mam pojęcia jak się to stało, ale używając masek z innego zestawu, musiałem ten żółty częściowo zamalować.
Po wszystkich poprawkach oznakowania wyglądały tak:
Litery kodowe również zdecydowałem się namalować od masek, choć mam kalkomanie. Powody tej decyzji były dwa - po pierwsze biały kolor kodu z kalkomanii Revella nie bardzo odpowiadał standardom w tym okresie, a po drugie kładzenie kalek na te ogromne wypukłe nity to trochę proszenie się o problemy.
Dalej poszły w końcu drobiazgi w formie kalkomanii - numer seryjny i emblematy pilota 😉 Kalki te pochodzą, jak wspomniałem powyżej, z zestawu Revella.
W miejscu gdzie została namalowana kadłubowa kokarda, namalowałem ponownie napisy eksploatacyjne.
Kolejnym etapem były "zdrapki" na intensywnie eksploatowanych częściach samolotu. Ponieważ maszyna Eddiego na pewno była intensywnie eksploatowana, otarcia farby zrobiłem znaczne.
Choć tu się trochę "przegięło" ;)
Ale w miarę bezboleśnie dało się naprawić...
Dalej przeszedłem do brudzenia. Na początek wash, oczywiście olejny.
W międzyczasie powstawało śmigło, sposobem testowanym przy ostatnim modelu, z szarymi plamkami malowanymi od szablonu i bazą w kolorze wypłowiałego czarnego, tu użyłem koloru dedykowanego do opon.
Następnie kolejne etapy brudzenia olejami - najwięcej czasu spędziłem nad namalowaniem obfitego wycieku oleju na spodzie.
Matowy lakier bardzo ładnie stonował kolorystykę modelu.
Na matowym podkładzie wykonałem nieco efektów pigmentami, m. in. okopcenia.
Zmontowane detale uwieńczyły kalkomanie imitujące czerwone miniowe taśmy oraz anteny wykonane z linek Uschi.
Na koniec obiecane podsumowanie. W zasadzie był to mój debiut w skali 1/32 - zbudowanego jakiś czas temu szmatopłata nie liczę, bo to zupełnie inna bajka i inne techniki. Na pewno nie polubię się z tą skalą, raczej nie zamierzam niczego tak wielkiego budować w bliżej lub dalej określonej przyszłości. Sam model Kotare, mimo, że nie mam porównania, mogę ocenić całościowo jako jedynie poprawny. Na zdecydowany plus można zaliczyć instrukcję - bogato ilustrowaną zdjęciami oryginalnych maszyn, co bardzo ułatwia budowę. Czuć Wingnuta 😉 Na plus można także wyróżnić ładnie zdetalowane wnętrze, w tej skali to obowiązkowe, bo widać wiele nawet przez zamkniętą szybę. Robotę robią kalkomanie do środka w postaci tabliczek znamionowych i innych napisów. Prawie wszystkie części plastikowe zaprojektowane są w sposób wymagający jak najmniejszej obróbki po wycięciu, co również jest bardzo mocną stroną zestawu. Ale na tym koniec wyraźnych plusów. Spasowanie całości dobre, ale było parę miejsc bardzo problematycznych a parę zbytnio udziwnionych. I tak wyoblenia (ang. fillets) na granicy kadłuba i skrzydeł są całkiem osobno - zazwyczaj jednak są zintegrowane z kadłubem - sklejenie tego prosto i bez szpar wymaga sporo uwagi.
Autorzy projektu modelu wzięli sobie do serca, aby maksymalnie wyeliminować łączenia połówek kadłuba. I tak są tu rozwiązania lepsze i gorsze - z przodu każdy zdejmowany panel jest osobno, co daje również pole do popisu wszystkim, którzy lubią eksponować pootwierane elementy modelu. Niestety, pokrywa przedniego zbiornika paliwa jest dopasowana fatalnie i w rezultacie została przez mnie "sfaulowana" na krawędziach. W tylnej części kadłuba dziwaczny garb doklejany od góry jest powiedzmy rozwiązaniem sprytnym, ale przenoszącym ryzyko potrzeby intensywnej obróbki po sklejeniu w inne miejsce. Natomiast najśmieszniejsze rozwiązanie jest na spodzie kadłuba (już o tym pisałem) - w klasycznie umieszczonym łączeniu połówek, brakuje nitów - producent wyszedł z założenia, że i tak trzeba je będzie spiłować alby poprawnie obrobić spoinę. No i dochodzimy do kwestii nitów. Tu jest baaardzo dziwacznie. Na kadłubie mamy duże, wypukłe nity. Powiedzmy, że są jeszcze akceptowalnej wielkości jeżeli chodzi o średnicę, ale są zdecydowanie za wysokie - czyli za bardzo "wystają". A w całkowitym przeciwieństwie stoją do nich skrzydła i stateczniki poziome - są całkiem gładkie! W dzisiejszych czasach, przy takim gabarycie w zasadzie jest to dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Wystarczy popatrzeć na model Eduarda, który mimo iż w skali 1/48 pod względem powierzchni wypada dramatycznie lepiej. Chodziły mi po głowie myśli, żeby ponitować te "łyse" przestrzenie, ale z wielu powodów zrezygnowałem 😉.
Kończąc opis zestawu muszę niestety popastwić się nad kalkomaniami. Absurdem jest umieszczenie napisów eksploatacyjnych na rondlach - w takiej skali nie wyobrażam sobie naklejać takiej płachty kalkomanii, szczególnie na spodzie, gdzie ze względu na bardzo niejednorodną powierzchnię, bardzo trudno jest to zrobić dobrze. Drugą sprawą jest kolorystyka stencili wchodzących na dolne rondle - część namalowana na granatowej powierzchni rondla jest biała, na reszcie czarna. Jakoś nie mogą sobie wyobrazić, że jednym szablonem malowano by taki napis dwoma kolorami, nie znalazłem też żadnego potwierdzenia zdjęciowego takiej kombinacji. Stąd napisy eksploatacyjne zostały wykonane z zestawu 1 Man Army.
Podsumowując zestaw - model zdecydowanie nie ma dobrego stosunku jakości do ceny. Dla wielu modelarzy dyskryminujące jest tu także fakt braku silnika oraz otwieranych komór uzbrojenia. W takiej cenie spodziewałbym się, jak w modelach Advance z Mini Art, dwóch kompletów skrzydeł, z wyciętymi wnękami i bez. O nitach i kalkach nie wspominając 😉






















































































































Komentarze
Prześlij komentarz