Trochę nietypowy wpis... W tym modelu prawie wszystko co mogło pójść źle, poszło jeszcze gorzej. Oto wszystkie te wpadki, które udało się udokumentować fotograficznie. Jeszcze pewne doprecyzowanie faktów - nie są to wady znakomitego zestawu Army, a jedynie moje nieudane eksperymenty, wpadki czy po prostu nieudolność.
Model pierwotnie miał być w zdobycznym malowaniu Technical Air Intelligence Units – South West Pacific Area i nosić numer S10. Kolorystyka - aluminum czyli natural metal finish (NMF) - miała posłużyć za poligon dla niektórych nowych dla mnie technik.
Montaż wnętrza przebiegł w zasadzie bezproblemowo. Jedynie trochę trudności sprawiło wklejenie drukowanego fotela od Eduarda, który okazał się nieco za duży - ale przeróbka nie była ani trudna, ani pracochłonna.
Pierwsze problemy pojawiły się przy obróbce łączeń niektórych elementów. I tak, na grzbiecie kadłuba, dwie linie równoległe linie podziału znajdują się bardzo blisko łączenia połówek kadłuba - i tu niestety zniszczyłem je w trakcie obróbki spoiny kadłuba. Dwie fotki przedstawiające moją nierówną walkę w tym miejscu:
Trochę inne problemy, a w efekcie dające nie do końca poprawnie obrobioną spoinę, miałem przy osłonie silnika. Tu coś poszło przy pasowaniu "krzywo" i już częściowo musiało zostać niewyprowadzone.
Poniżej poprawki na łączeniu kadłuba, tu akurat późno, ale udało się wyprowadzić.
Malowanie kolorowym podkładem (zróżnicowanie paneli) poszło całkiem dobrze, choć maskowanie było bardzo czasochłonne...
Metalizer z serii SM od Gunze siadł również bardzo ładnie, nałożony potem biały filtr w postaci bardzo cienkiej warstwy mocno rozcieńczonej białej farby przygasił efekt błyszczącego metalu i zaczęło to wyglądać bardzo ciekawie.
W celu zabezpieczenia powierzchni użyłem błyszczącego lakieru Hataka (orange), który również siadł bez zarzutu. Wyjątkowo rozcieńczałem go Laquer Thinnerem (bez opóźniacza) od Tamiya, bo wydaje mi się on najmniej agresywny z thinnerów które używam.
I tu zaczynają się poważne problemy. Próbnie naklejona maska do malowania oznakowań (folia Oramask) w jakiś sposób zareagowała z lakierem bezbarwnym. Na razie zrzuciłem to na karb braku cierpliwości - lakier sechł tylko kilka godzin. Było pracochłonnie, ale dało się to jeszcze naprawić nie tracąc (bardzo) zamierzonego pierwotnego efektu
W międzyczasie przy malowaniu, całkiem udanych zresztą, oznakowań na sterze kierunku, "udało się" zrobić taki ładny ślad po odkurzu niebieskim. Oczywiście naprawa nie była trudna, ale znów zajęła nieco czasu...
Po 4 dniach przerwy (czasu jaki dałem na wyschnięcie lakieru Hataki) przystąpiłem ponownie do malowania oznaczeń, tym razem od razu we wszystkich czterech miejscach. No i tu nastąpiła największa porażka. Maski zareagowały dokładnie w ten sam sposób co poprzednio. Na tej fotce, z daleka, bez przyglądania się, wygląda to jeszcze fajnie:
Ale jak popatrzymy z drugiej strony kadłuba, szczególnie tu, to widać skalę tragedii.
Cóż, trzeba było na tym etapie zrezygnować z malowania NMF, wyprowadzenie tego to malowanie wszystkiego od nowa. Zwraca uwagę, nie pierwszy i nie ostatni raz, "uwalony" statecznik poziomy.
Na tej fotce można zauważyć, poza paskudną powierzchnią po malowaniu znaku, białą chłodnicę paliwa (to podłużne za komora podwozia) - dorobioną, bo ta oryginalna została porwana przez potwora piwnicznego (dywanu nie mam ;) ).
Ale to jeszcze nie koniec tej smutnej historii...
Zdecydowałem się na malowanie what-if, bo "zwykłego" zielonego Hayate mam już zrobionego w 1/48, nie ma szczególnie dużo różnych wariantów malowania realnych samolotów nie wykorzystujących NMF. Wybór padł na żółte malowanie inspirowane Focke Wulfem FW-190 majora Jima Dalglisha (więcej o tym w
galerii). A żółty też nie jest łatwym kolorem...
Na początek powierzchnie, które miały być żółte, pomalowałem na biało. I tu już pojawiły się problemy. W niektórych miejscach, gdzie szlifowanie zniszczeń po maskach było intensywne, krycie było niezadowalające, podobnie zachowały się niektóre miejsca w których pierwotnie położony był czarny podkład pod metalizer. Szczególnie słabo zaczął wyglądać wspominany wcześniej grzbiet kadłuba ze swoimi cienkimi liniami podziału. W zasadzie żeby wyglądać w miarę jednolicie został "zalany" :|
Nierówny biały pokryłem kolorem różowym, aby uzyskać w miarę jednolity podkład, różowy jest też dobrą bazą pod żółty, ułatwia krycie. Na poniższej fotce widać co się stało z grzbietem i moją próbę ratowania Surfacerem i trasownia następnie linii od nowa.
Poniżej widać nową... chłodnicę paliwa. Ta poprzednia, dopiero co dorobiona, także została uprowadzona ;) Próbowałem tu uskuteczniać jakieś żółtobrązowe maziajstwo przed kolorem bazowym, ale i tak wszystko potem poszło w piach :|
I kolejna katastrofa - na fotografii już próba jakiegoś wyprowadzania, Przez nieuwagę (głupotę) własną złapałem palcami za mokre skrzydło. Szczęście w nieszczęściu, że w rękawiczce, bo daktyloskopii już był się nie pozbył... Odrobinę przeszlifowane, zgodnie z przewidywaniami wylazł różowy, a w rejonie pokryw amunicyjnych jakiś inny ciemny kolor. Żeby to wyrównać model w zasadzie musiałem pokryć na mokro żółtym, a w wyniku tego, w rejonie wspomnianych pokryw, linie podziału zniknęły na zawsze.
W międzyczasie rozegrał się inny dramat (może już komedia?). Drobne części miały tendencję do spadania czy samodzielnego przemieszczania, a co za tym idzie, uszkadzania. Śmigło straciło jedną łopatę już podczas malowania (jak?), naprawione dostało następnie cios imadłem (jak??) i straciło dwie łopaty. Jedne rury wydechowe zaginęły, znalazłem je jakimś cudem pod szafą tydzień później, w takim stanie. Dodam, że rury wypasione, bo to drukowany zestaw Eduarda.
W trakcie późniejszego maskowania/malowania ponownie straciłem statecznik :| Na tym etapie niestety to już widać, że łączenie jest inne niż z drugiej strony. Na fotce można zauważyć, że na prawym skrzydle z czerwonej końcówki wraz z taśmą zeszło trochę farby...
Tu na zbliżeniu widać inny kłopot - na przedniej części osłony silnika, taśma zerwała warstwę białego filtra wraz z bezbarwnym. W celu ratowania sytuacji, dwie "ćwiartki" tejże osłony pomalowałem na żółto.
Model w trakcie nakładania kalkomanii. Widać, że także na kadłubie w miejscu starych znaków, linie straciły odpowiednią głębokość i się częściowo zatarły. Dodatkowo zwraca uwagę mocno ciemniejsza metaliczna "ćwiartka" pierścienia osłony silnika. Stało się tak, ponieważ z jakiegoś powodu lakier bezbarwny położony tym razem bardziej "na mokro" "spalił" metalizer. Dziwne, bo na innych częściach nic takiego się nie wydarzyło.
To jeszcze na koniec, w trakcie dopasowywania rur wydechowych zdarzyło się mechaniczne "omsknięcie" i cały panel za rurą wydechową stracił ciągłość. Bez wczuwania się zamalowałem go pisakiem w kolorze gun metal :|
Na koniec udało mi się w jakoś w miarę spójnie zbrzydzić model, nawet traktowana przez kilka miesięcy różną chemią maska na owiewce w zasadzie przetrwała te zabiegi. Natomiast w trakcie montażu śmigła, udało mi się odkleić silnik :|
Nie wiem czy w rezultacie obroniłem się z tym modelem, efekt końcowy można zobaczyć w galerii.
Komentarze
Prześlij komentarz